
Czasami się zdarza...
To był powód, że zostałem zmuszony do wysłuchania jakiejś pogadanki radiowej, w której ktoś wywodził, że PiS i PO są partiami masowymi i z tego też powodu nie mogą prowadzić kampanii negatywnej.
To jakaś ciekawostka przyrodnicza, a naprawdę kolejny z przejawów myślenia życzeniowego.
Oba ugrupowania zasadniczo nic innego przecież nie robią.
Fakt, że zazwyczaj pisiory są w tym lepsze, a platfusy ograniczają się albo do bardziej lub mniej udolnych odpowiedzi na ataki, albo do płaczu, że znowu im ktoś brzydko zrobił. Nic to jednak w oglądzie nie zmienia, kampania pozytywna zaś, to w naszym wydaniu żadna konkurencja programowa, lecz odpały na zasadzie "nikt nie da wam tyle, ile ja obiecam". To zresztą już się zaczęło i jakoś niespecjalnie mnie przekonuje argumentacja starszego bliźniaka o niezwykle przypadkowej zbieżności czasowej.
I generalnie jest cyrk.
Pojawiła się fajna koalicja LPR-UPR-Jerzy Mareczek.
Ciekawe, jak czują się teraz ci wszyscy, którzy gdzie tylko się da i bez żadnego umiaru propagują idee JKM jako panaceum na wszelkie bolączki - nie tylko gospodarcze. Poprzedni sojusz - też chyba dosyć egzotyczny, bo z samąbronią - był tłumaczony względami taktycznymi i niewielkim terytorialnie zasięgiem wyborów - jak teraz? Pewnie tak samo - ważne, żeby do parlamentu się dostać, bo nam jest to potrzebne do propagowania idei, a inni to po prostu hieny lub zwykłe świnie prące do koryta.
Krakowski kapelusznik znowu odchodzi z Platformy - który to już raz próbuje jakichś dziwnych ruchów? Być może zagrywka ze wspaniałą Nelly była manewrem przemyślanym, a nie knotem ciężkiej idiotki, której należy się parę razy w pysk w zaciszu domowym. Może być tak, że to wycofanie się w cień zaprocentuje po wyborach stanowiskiem szefa partii albo nawet premiera.
Bo tak... mam jakieś takie dziwne przeczucie, że półtusk et co. pogodzili się już z faktem, że po wyborach będzie POPiS. Oczywiście będzie - wg nich - tylko jeśli PO wygra. To rzecz jasna nic rakiecie nie daje, szczególnie gdy platfusom uda się pisiorów wyborczo przeczołgać (ale się nie uda, bo za mało cwani są) - na scenie politycznej nie zmieni się zupełnie nic. Łagowski bardzo ładnie to podsumowuje pisząc, że "już nie trzech panów z PiS będzie decydować, kogo o szóstej rano zakuć w kajdanki, lecz dojdzie do nich czwarty pan z PO". Wariant z przegraną PO nie jest przez głównodowodzących Platformy brany w ogóle pod uwagę. Ale być może zauważa go rakieta. W wypadku przegranej Tusk, Schetyna, Komorowski i reszta tej ekipy raczej by musieli zrezygnować jako chroniczni nieudacznicy (co swoją drogą jest chyba bliskie prawdy), a to otwiera ludziom Jana Marii (i jemu samemu) drogę do władz nie tylko w partii, ale też w "nowym" POPiSie.
Po czerwonej stronie wcale nie lepiej.
Poza mordami, które pojawiają się właściwie bez przerwy, dają się zauważyć mordy odkurzone, o których można by pomyśleć, że już jakiś czas temu odeszły w niebyt polityczny.
Co z tego, że lesiu-ważne-jak-się-kończy miałby lepszy wynik od mankieciarza (narcyza) - ten to mógłby prawdopodobnie konkurować z promillem, poległym w nierównej walce z krasnoludkami i gamoniami - co z tego, skoro wystawianie takich gąb bardzo skutecznie niweczy wysiłki skonstruowania ugrupowania bardziej strawnego dla osób o centrowych raczej poglądach [na marginesie: to dosyć dziwna sytuacja, w której ugrupowanie, dające się w dużej mierze - przynajmniej personalnie - określić jako postkomunistyczne, jawi się (programowo) jako liberalne w sferze obyczajowo-ideowej, a takie dosyć liberalne (choć bardziej w europejski sposób) w sferze gospodarczej]
To zresztą są już dywagacje typu musztarda po obiedzie, bo miller zdążył się na listy samejbroni załapać, a poza tym tworzy jakieś nowe ugrupowanie lewicowe.
Z nowością będzie chyba problem - mam wrażenie, że będzie to dosyć stare programowo i personalnie ugrupowanie - trochę wypróbowanych towarzyszy i towarzyszek, trochę starych hasełek, może jeszcze dyduch na dokładkę (wszak wiadomo, że wszechświat począł się od Wielkiego Dyduchu).
Ale to dobrze, nawet bardzo dobrze - mimo braku sympatii jakiejkolwiek dla tych osobników, jest to dla mnie posunięcie bardzo dobre. W tej chwili mamy na scenie właściwie tylko jedną partię polityczną z prawdziwego zdarzenia (definicyjnie jest ich oczywiście dużo więcej) - pisiory mają jakiś koloryt, można (przynajmniej z grubsza) domyślać się, o co im chodzi - czy o to naprawdę, to insza inszość.
Platfusy - nic nie wiadomo, a jeżeli z tej niewiedzy coś się wyłania, to można streścić to tak: to samo co PiS, tylko lepiej; czyli - zrobią (czy chcą zrobić) to samo, ale wykonanie będzie zdycydowanie lepsze, bo oni z tych, co im (wg własnych zapewnień) mniej słoma z butów wystaje.
LiD - zupełna bezbarwność - wcale nie zaistnieli w świadomości społecznej. Ktoś tam kojarzy eselde, ktoś kwaśniaka, Frasyniuk może być kojarzony, borówa, Unia Demokratyczna... ale LiD? w żadnym wypadku. Pomysł był może i niezły. Sporo lat upłynęło i pewnie jest czas, by próbować zasypywać jakieś wcześniejsze podziały. Tyle, że realizacja jest kompletnie od zadka strony i jeśli w ogóle w praktyce cokolwiek z tego wyjdzie, to zupełnie z innych powodów - tylko i wyłącznie na kontrze w stosunku do tego, co jest, albo co może być.
Bardzo prawdopodobne zwycięstwo kaczorów może nas sprowadzić w dłuższej perspektywie do powtórki sytuacji, w której w kolejnych wyborach będziemy głosować na kadydatów z listy uwspółcześnionego efjotenu (pisiorski zwolennik by się w tym miejscu oburzył i przypomniał tradycję bebewueru, ale po mojemu to takiej bardzo dużej różnicy w praktyce nie było) - to jeden powód - niby drobiazg, ale parę osób czuje jakieś dziwne obawy.
Druga rzecz jest podobna gatunkowo. Miłościwie nam panujący, najpierw koalicyjnie, teraz samodzielnie (a i platfusy tupiące z podniecenia i klaszczące w rączki z radości przy okazji kreowania kolejnych mutacji służb specjalnych), zafundowali nam sytuację dosyć paskudną - insynuacje, podsłuchy, areszty wydobywcze. Wiele osób tego nie zauważa, ale niestety zauważa coraz więcej (niestety, bo w jakiś sposób się to na nich odbija).
Sądy mamy takie, jakie mamy, czyli nienajlepsze - nad klepnięciem wniosku o zastosowanie aresztu zaczynają się zastanawiać dopiero, gdy nazwisko głośniejsze albo sprawa choć trochę nagłośniona. A tak, to byleby prokuratorski kwit był i trzy miesiące jak obszył. Zarzuty tymczasem są często zupełnie horrendalne. Pomijam już zupełny absurd, jak w przypadku przedłużenia aresztu, bo będą stawiane nowe zarzuty (tyle, że na razie ich nie ma). Ale są i takie - skarży się osobnika o przyjęcie korzyści majątkowej w postaci wyjazdu zagranicznego, a gostek w życiu tam nie był, co łatwo sprawdzić, bo akurat wizy wymagane. I praktyka aresztowa też jest zupełnie powalona. Bierze się kobietę z domu na przesłuchanie. Tak jak stoi. I z tego przesłuchania trafia od razu do aresztu, a później przez dwa tygodnie doprosić się nie można, żeby prokurator znalazł czas na pozwolenie przekazania paczki (szczoteczka do zębów, szkła kontaktowe, bielizna). Co tam, posiedzi babol dłużej w jednych majtochach, to się nawet do zabójstwa Papały przyzna.
I kiedy ktoś to widzi (czy to z racji pracy, czy dlatego, że kogoś z okolic towarzyskich trafiło), a nie jest tak ogłupiony, by wierzyć w bezbłędną działalność organów ścigania, przestaje do niego trafiać gadanie o konieczności oczyszczania życia publicznego czy o jakimś wzmożeniu moralnym. Jasne, że dla bardzo wielu ludzi tego typu gadki były zawsze zwykłym mydleniem oczu. A piszę o tym tylko dlatego, że ostatnio, z paru niezależnych od siebie źródeł, usłyszałem bardzo podobną konstatację. Ludzie, którym peerel dał w dupę, czasami bardzo mocno, łącznie z siedzeniem w więźniu, i którzy mają w związku z tym mocno negatywny stosunek do formacji postkomunistycznej, czyli eselde, nagle oświadczają, że będą głosować na LiD.
I na tym tylko opieram jakiekolwiek powodzenie tej organizacji.
Jest to paskudne, gdy nie ma na kogo głosować.
Nie ma, a trzeba.
I to jest przykre i stresujące, gdy ktoś, kto do lewicy ogólnie ma stosunek umiarkowanie negatywny, a do lewicy wywodzącej się z real-socu - negatywny totalnie, musi się zastanawiać, czy przypadkiem głosowanie na nich nie jest lepszym wyjściem.
Wybór między dżumą a cholerą jest dosyć słabym wyborem - na tym tle tyfus czy czerwonka to same pyszności - tylko ta sraczka...


